O niektórych ludziach mówi się, że są mistrzami ciętej riposty. I ja nieskromnie, a przede wszystkim niechętnie muszę przyznać, że do takowych należę. Niechętnie, bo o ile umiejętność odpierania argumentów jest w życiu przydatna to co innego gdy docinać innym najzwyczajniej w świecie się lubi. To moje niechlubne wręcz zamiłowanie w połączeniu z wrodzoną złośliwością daje mieszankę, co najmniej wybuchową. Z reguły staram się ważyć każde słowo i zastanowić dwa razy zanim cokolwiek powiem. Są jednak takie dni, kiedy jestem tak cholernie zmęczona/nerwowa/przygnębiona, że nie mam ochoty na wysłuchiwanie tego co ma mi do powiedzenia reszta świata. I w takich właśnie chwilach dochodzi do eksplozji wspomnianej wcześniej mieszaniny. Sam wybuch sieje zniszczenie bez spektakularnych efektów. Nie wpadam w furię, nie krzyczę, nie używam rękoczynów. Nad ofiarami mojego złego samopoczucia znęcam się słownie acz skutecznie. Wyrzucając z siebie kolejne oszczerstwa czuję coś na rodzaj ulgi i przyjemności jednocześnie - jestem w swoim żywiole. Mogłabym tak droczyć się bez końca, ale dobrą zabawę psuje mi przerażenie, jakie powoduje świadomość odczuwania satysfakcji z krzywdzenia innych. Moja bezwzględność napawa mnie lękiem. Boję się, że kiedyś stracę nad sobą kontrolę i powiem na tyle za dużo by nie usłyszeć już czyjegoś głosu. Bo paradoksalnie im bardziej mi na kimś zależy tym łatwiej mi się nad nim znęcać.
Czasami mam wrażenie, że jakiś głos gdzieś tam wewnątrz mnie próbuje wykrzyczeć mi w twarz słowa powyższej piosenki. Czasami nawet dopuszczam do siebie myśl, że może mieć rację. A potem szybko powracam do swoich zgorzkniałych przekonań, bo przecież nie będę rezygnować z rozkoszy dla innych ludzi.
czasem też mam takie dni, kiedy jestem ja kontra reszta świata. to takie dni, kiedy po prostu nie chce się być miłym. mam tak coraz częściej.
OdpowiedzUsuń