Wyciągam słowa ze zdań, które skrupulatnie składałam w całość pisząc ostatnie posty. Obracam je w palcach i nie widzę w nich nic nowego. Są obarczone przeszłością. Nie niosą z sobą nadziei. Stoją w miejscu bez zadatków na progres. Nie lubię tych słów. Nie lubię siebie w tych słowach.
Słowa nigdy nie były mi obojętne. Choć przelane na wirtualny papier, to wciąż jakby we mnie. Do dzisiaj zawsze patrzę na nie wzrokiem autora, nie czytelnika. Nie potrafię stawiać kropek i rozpoczynać na nowo. Mam wrażenie, że od wielu lat nieustannie piszę to samo zdanie. Ten brak dystansu doskwiera mi praktycznie na wszystkich płaszczyznach.Wyłącznie w kontaktach z ludźmi jestem powściągliwa. Jednak z całą resztą życiowych pierwiastków przesiąkamy się na wskroś.
Słowa są dla mnie spoiwem łączącym rzeczywistość z umysłem - choć egzystujące na zewnątrz, zawierające w sobie moje wnętrze. Swego czasu ten związek wydał się być toksyczny. W tej nabrzmiałej od marzeń i wymysłów egzystencji brakowało mi wolnej przestrzeni, którą mogłabym wypełnić codziennością. Wierzyłam, że pozostawiając myśli same sobie, bez zamieniania ich w słowa będzie mi łatwiej odzyskać umiejętność może nie tyle funkcjonowania w świecie co zaakceptowania rzeczywistości. Szumnie pisałam, że wolę żyć, a nie zastanawiać się nad definicją życia. Sporo prawdy w tym jest, bo zabawy w filozofowanie nie przynoszą z sobą odpowiedzi, a wręcz przeciwnie - większą pustkę. Nie zmienia to jednak faktu, że od życiowych niejasności nie można uciec, o czym przekonałam się od kiedy zrezygnowałam z - jak to zwykłam nazywać - "uzewnętrzniania się". Myślałam, że łatwiej będzie mi żyć tu i teraz jeżeli porzucę swoje nawyki i będę żyła normalnie, tak jak większość ludzi dookoła mnie, która nie ma zielonego pojęcia o blogowaniu.
I owszem są ludzie, którzy żyją po prostu, ale są też ludzie tacy jak ja, dla których nic nie jest po prostu. Nie można uciekać od własnej osobowości, trzeba nauczyć się z nią przebywać. Skłonności do rozkładania każdego aspektu życia na czynniki pierwsze w moim wypadku nie da się wyzbyć. Jeżeli nie posłużę się słowami będę oddawać się praktykom opisanym w pierwszym poście tego jakże zacnego bloga. A słowa spisane czarno na białym w przeciwieństwie do wybujałych imaginacji pozwalają kontrolować wybryki moich szarych komórek.
Słowa wciąż wzbudzają we mnie tę samą niechęć. Przeraża mnie ich ciężar. Czasami mam do siebie żal o to, że dzielę się tym balastem z postronnymi. Czasami nie potrafię żyć ze świadomością, że gdzieś tam dalej lub bliżej istnieją osoby, które wiedzą o mnie znacznie więcej niż ludzie, których zwykłam nazywać najbliższymi.
Chciałabym ubierać słowa z polotem, a całość dopiąć jakąś niebanalną puentą. Ja tymczasem jestem obrzydliwie pospolita w wywodach na temat mojego istnienia. Lepiej byłoby dla mnie i dla tych, którzy przez przypadek tutaj zabłądzą gdybym pisała o lakierach do paznokci i o tym co ostatnio jadłam na śniadanie. Na razie jednak mam przed sobą zakurzony stosik, który skrzętnie powiększałam przez nie cały rok i z nim trzeba się rozliczyć.
I gdzieś tam w głowie pałęta mi się myśl, która przynosi z sobą wątpliwości czy aby na pewno nie popełniam kolejnego błędu. Niepewność rozprasza jednak odgłos stukającej klawiatury, który sprawia, że czuję się jak u siebie. Poza tym everybody else is doing it, so why can't I?
No tak, chyba też coś o tym wiem. Z jednej strony trudno mi przyznawać się do niektórych myśli na blogu, a z drugiej czuję, że jest mi to potrzebne. Zawsze wszystko dusiłam w sobie i chyba mam tego dość, a w realnym życiu nie mam odwagi się tak odsłaniać. Może więc taki rodzaj "blogowej terapii" wychodzi nam na dobre.
OdpowiedzUsuń