2011/12/04

Posłuchaj jednak (...) to krótka historia a dziś nie potrafię być szczęśliwa.


 Moje życie definiują stałe w postaci powtarzających się czynności i regularnie odwiedzanych miejsc. Śniadanie, pseudo makijaż, szkoła, bieg, internat, nauka, obiad, dworzec autobusowy, kawa, komputer, zajęcia dodatkowe, muzyka, kolacja, sen. Dużo snu. Łóżko to jedyne miejsce, w którym bierność jest powszechnie akceptowana.
 Gdzieś pomiędzy jednym a drugim oddechem gubię siebie. Zacierają się granice pomiędzy tym co istotne, a tym co jest zwyczajnie przyjemne. Wszystko zlewa się w jednolitą ciecz i przecieka przez palce. Brakuje klarownego i rozsądnego spojrzenia na zaistniałą sytuację. W sumie to brakuje wielu rzeczy.
 Jestem rozpieprzona. Na kawałki, na wylot i co raz częściej mam wrażenie, że na zawsze. Przychodzą chwile kiedy budzę się po niecałych czterech godzinach snu kompletnie nieprzygotowana na spotkanie z nowym dniem. W takich chwilach obiecuję sobie, że to był ostatni raz. W takich chwilach czuję do siebie tak ogromną niechęć by zapragnąć zmian. W takich chwilach jestem na tyle naiwna by wierzyć to, że będzie inaczej. To takie idiotyczne uczucie, kiedy człowiek po raz 6438298202406 zawodzi się sam na sobie, to jedno z tych uczuć, których nikt nigdy nie chce doświadczyć. Niby pragnę własnego szczęścia, a mimo to podświadomie dążę do samounicestwienia. Przychodzą też inne momenty. Takie kiedy czuję się jak wrak, jak podróbka człowieka przywieziona w masowym transporcie z Chin. Zaniedbuję podstawowe obowiązki, odkładam wszystko na ostatnią chwilę, ograniczam się jedynie do konieczności. Zero progresu. Z-e-r-o. Nie szanuję samej siebie, nie rozwijam się, nie wierzę we własne możliwości i co najgorsze - nie ufam samej sobie. Patrzę na taki obraz mojej osoby i boję się, że nie ma już dla mnie szans. Że zostałam całkowicie wyzbyta człowieczeństwa. Brakuje mi jakichkolwiek zasad. Moje własne szczęście nie jest już wystarczającym powodem by żyć, nie funkcjonować, ale żyć.
 Czasami nawet udaje mi się rozwiązać te 200 zadań z chemii czy posprzątać cały dom. Czasami jednak mam wrażenie, że nie warto się starać, bo jest już za późno. Kiedy patrzę na siebie przez pryzmat przeszłości tracę motywację do działania. Nie chodzi tylko o zaległości, o to co mogłam zrobić, a czego nie zrobiłam. Chodzi o to, że popełniłam w życiu kilka błędów i o to, że niektóre z nich są skazą na całe życie. Coś jak uzależnienie od alkoholu. Jakiś głos w głowie ciągle próbuje mi wmówić, że ja już na szczęście nie zasługuję.
 Wiem, że to co najmniej irracjonalne, ale któregoś dnia spuściłam na chwilę wzrok i bardziej przez przypadek niż świadomie uwierzyłam w te słowa porzucając tym samym coś co zwykło się nazywać ambicjami. Od tamtej pory przemijam. Byle do piątku, do nowego roku, do wakacji. Byle jakoś normalnie zachowywać się wśród ludzi, jakoś wyglądać i jakoś napisać ten jebany sprawdzian. Problem w tym, że ja już nie chcę jakoś żyć.
 Rozgościło się w moim życiu parę rzeczy, które nie należą do mnie, czynniki zewnętrzne, o których inni nie pomyśleliby nawet, że mogą istnieć, a które wywarły niemały wpływ na moje życie - ograniczone możliwości, rodzinne zawirowania i inne nieprzewidziane wypadki. Jadnak 99 % moich "wielkich życiowych przeszkód" bierze źródło we mnie samej. Jaką mogę mieć gwarancję, że po opublikowaniu tej notki nie roztrwonię jeszcze godziny na przeglądanie fejsbuka? Żadnej. Nie zrobię nikomu łaski jeżeli zacznę żyć. Uratować siebie mogę tylko ja sama. Nikt nie będzie o mnie walczył.
 Rozpisałam się stanowczo za dużo. Tak mi wstyd, że nie mam nic innego do powiedzenia. Nie chciałam być autorką powyższych słów. Nigdy nie chciałam być takim człowiekiem.


 Poranki nie cieszą mnie, rozczarowują noce... Tak dosadnie ta piosenka odzwierciedla to co czuję dzisiaj i to co czułam rok temu, i dwa lata temu w sumie też. Bywa.

1 komentarz:

  1. to chyba brak słońca na nas tak działa; nawet najjaśniejsze lampy nie zastąpią jasnych promieni.

    OdpowiedzUsuń