Somedays aren't yours at all.
They come and go
as if they're someone else's days.
They come
They come and go
as if they're someone else's days.
They come
and leave you behind someone else's face
and it's harsher than yours
and it's harsher than yours
and colder than yours.
Noce potrafią być nieznośne. Sen nie przynosi pożądanego odprężenia. Poranki mijają szybko. Picie kawy jest chyba jedną z najgłupszych rzeczy jaką można robić po dziesięciu godzinach snu, ale mimo to te pięć minut wytchnienia z kubkiem w ręku jest jedyną przyjemną częścią poranków właśnie. Mogłabym od razu przejść do leniwych wieczorów, bo w ciągu dnia jestem jakby nieobecna. Nie będę oryginalna, jeśli napiszę, że wakacje przeciekają mi przez palce? Cóż, nigdy nie grzeszyłam oryginalnością.
Czasami mam wrażenie, że działam wbrew sobie. Nie, nie, nie - ja działam wbrew sobie, świadomie i codziennie. Wchodzę do jasnego pokoju i zasłaniam żaluzje. Usycham razem z kwiatami na parapecie, które z tęsknotą wyglądają słońca. Ja też tęsknię, gdy widzę szczeliny wypełnione światłem. Nie czuję się na tyle silna by móc pociągnąć za sznurek. To po prostu zbyt zobowiązujące, a ja boję się zobowiązań. Odsłonię okno i co dalej? Będę tępym wzrokiem wpatrywać się w smugi na szybach? Nie potrafię ot tak cieszyć się i czerpać garściami, zawsze coś mi przeszkadza. Chciałabym otworzyć je na oścież i wyskoczyć na zewnątrz nie zważając na zgorszone miny sąsiadów. Chciałabym zrobić wiele rzeczy, ale czasami... Czasami po prostu działam wbrew sobie. Myślę tak, a mówię nie. Nie potrafię tego zmienić. Dla mnie samej to jest niedorzeczne, ale nie potrafię. Umieram powoli. Umieram pomiędzy zmywaniem naczynia po śniadaniu, a smażeniem kotletów na obiad.To nie jest tak, że nie żyję. Co więcej - funkcjonuję. Rozmawiam z ludźmi i oni myślą, że nie mam im nic do powiedzenia, nic konkretnego i ciekawego, ale mnie to nie obchodzi. W tym samym czasie przeprowadzam wnikliwe konwersacje z samą sobą. To co w mojej głowie, to chyba już choroba. Mój umysł to taki świat. Mam tam sklep i własne niebo. Całkiem miło mi tam. Byłoby doskonale gdybym nie była zaopatrzona w ciało, albo gdybym chociaż nie miała oczu, które nieustannie przypominają, że tylko to życie na zewnątrz jest prawdziwe. Wystarczą mi uszy abym mogła słyszeć własne myśli i tych parę dźwięków wydawanych przez instrumenty, ewentualnie szum wiatru, czy inny oplątany w sentymenty odgłos. Mniejsza z tym. To nie ważne, bo czas biegnie tutaj. On biegnie, a ja stoję. Mijają mnie nie tylko samochody, bo gdyby to były tylko samochody nie miałabym takich wyrzutów sumienia. Szczęście innych jest zdecydowanie przygnębiające, o tak. To nie ważne, bo dopóki mam w sobie na tyle dużo siły by utrzymać miotłę spychając kurz pod dywan jest dobrze. Dystymia jest wyrozumiała, potrafimy się do siebie dostosować. Stoi obok bezustannie, robi swoje w między czasie, a ja oddycham jak normalny człowiek i wszystko jest ok. Bo poza wymianą gazową niewiele mnie z ludźmi łączy. Każdy kolejny stagnacyjno-autodestrukcyjny dzień okrada moje serce z człowieczeństwa i bynajmniej nie chodzi tu o budowę anatomiczną. Ja po prostu spoglądając w lustro nie widzę siebie i bynajmniej nie chodzi tu o to, że jestem duchem.
Dla mnie natomiast noc jest ukojeniem. Tylko wtedy, we własnym łóżku, potrafię się zrelaksować.
OdpowiedzUsuńNapisałaś, że szczęście innych jest przygnębiające, z czym muszę się zgodzić. To szczęście innych przyćmiewa nasze własne i nie daje z niego żadnej pociechy...
Nie przeszkadza mi gdy ludzie dookoła mnie są szczęśliwi, nie życzę im źle. Tylko czasami gdy u mnie jest gorzej to trochę mnie to ich szczęście dobija, jest nowym powodem do użalania się nad sobą. Kiedy jednak samej udaje mi się czerpać radość z życia nie zważam na innych. Niestety jakoś niewiele tej radości u mnie ostatnimi czasy.
OdpowiedzUsuńMoże to tylko taki okres. Wydaje mi się, że wakacje jakoś szczególnie sprzyjają takiej stagnacji, nie mamy tylu bodźców, co w roku szkolnym, kiedy to jesteśmy zmuszeni podejmować wysiłek umysłowy, fizyczny zresztą też. Zazwyczaj jest też mniej okazji do kontaktów z ludźmi. Kiedy ja jestem pozbawiona przynajmniej jednej z tych rzeczy, też uciekam do swojego świata i praktycznie przestaję normalnie funkcjonować. Potem ciężko się odzwyczaić i nigdy tak do końca mi się nie udaje, bo takie zachowanie mam chyba wrodzone i trudno coś na to poradzić, ale jakoś sobie to życie płynie. Może zresztą takie chwile też mają swoje zalety. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńDziękuję za miłe słowa :)
OdpowiedzUsuńGeneralnie to moje życie dzieli się na lepsze i gorsze okresy. Tyle, że pewne zachowania i odczucia są stałe niezależnie od pomyślności losu i mojego samopoczucia. Trochę mam w tym życiu pod górkę, ale sporo przeciwności to wytwór mojej wyobraźni. Teoretycznie wystarczyłoby przerobić swój sposób myślenia, ale problem tkwi w tym, że nie potrafię tego dokonać. Dopóki tego nie zmienię ta fikcja, choć nierealna będzie problemem odbijającym się na mojej rzeczywistości. No, ale mną się nie przejmuj ;) Ja tak po po prostu mam - lubię użalać się nad sobą i wyolbrzymiać, a bloga i jego czytelników niechlubnie w tym celu wykorzystuję.
Noc? Co to, jest noc? Jeżeli, to patrzenie w sufit i myślenie o czymś, co 'póki co', jest dla mnie niedostępne, nieosiągalne, to chyba mnie zrozumiesz... A te słowa? Czym są te słowa? "Szczęście innych jest zdecydowanie przygnębiające, o tak". Te słowa bowiem odzwierciedlają idealnie, to co właśnie dzieje się we mnie. Nie potrafię na to patrzeć szczególnie, jeśli w oczy zdecydowanie rzuca się życie prywatne. Coś czuje, że mimo wszystko mnie zrozumiesz...
OdpowiedzUsuńchyba na pewno Cię rozumiem
OdpowiedzUsuńSpoglądając w lustro nie widzisz siebie, ciekawe. Może tak jak mówisz, całą siebie ograniczasz tylko do umysłu, a ciało jest tym, czym funkcjonujesz, tylko tym.
OdpowiedzUsuńNapisałaś w komentarzu, że wyolbrzymiasz - ależ tego zdecydowanie nie robisz :) Bardzo dobrze, że zastanawiasz się nad swoimi uczuciami; to sprawia, że stajesz się bardziej "czuła" na emocje innych i przede wszystkim swoje.
Każdy etap ma znaczenie.
Pozdrawiam.