Rok na jednym blogu to zdecydowanie za długo. Ktoś jeszcze mógłby posądzić mnie o stałość czy też konsekwencję w działaniu, a do takich cech charakteru mi jeszcze bardzo daleko. Zapraszam TUTAJ.
2012/07/15
2012/07/03
I don't want to live on this planet anymore
Tak sobie na to patrzę i tak sobie myślę, że chyba jestem za bardzo staroświecka jak na moje osiemnaście lat, bo jakby nie patrzeć takich ambicji, jak opisane zostały tutaj ( http://kwejk.pl/obrazek/1282243/30-rzeczy.html) to ja nie mam.
2012/06/24
2012/05/08
Where is my mind?
Can you see your days blighted by darkness?
Is it true you beat your fists on the floor?
Stuck in a word of isolation
While the ivy grows over the door.
Stuck in a word of isolation
While the ivy grows over the door.
Żadna chwila nie jest wystarczająco odpowiednia by żyć. Tak właściwie to sama nie wiem jakie wymagania musi spełnić dany moment bym łaskawie ruszyła się z miejsca. Najważniejsze to zagłębić się w siebie... Więc się zagłębiam. Coraz dalej, coraz mocniej... Wyciągam wszystko na wierzch. Rozbabrane wnętrzności przewracają się dookoła, nie wiedzą co mają z sobą począć, czekają aż ktoś zeskrobie je z podłogi i poskłada w miarę spójną całość. Nie pozwalam im jednak wrócić na miejsce. Jestem brutalna, ale to przecież dla mojego dobra. Skrupulatnie obracam każdy kawałek w palcach, nierzadko rozdzielam na mniejsze części by przypadkiem jakiś szczegół nie umknął mojej uwadze. Wyłupane oczy z pogardą spoglądają na ludzi, u których wszystko jest na właściwym miejscu. Uśmiech od ucha do ucha jest taki banalny. Nadchodzi moment gdy wszystkie tkanki zostają rozłożone, ale przecież nicość też może być przedmiotem rozważań. Zaciągam się nią jak papierosem. Stan bezsensu został osiągnięty. Chciałoby się powiedzieć mission completed, ale rozczarowanie daje o sobie znać. Radość? Satysfakcja? O czym ty do jasnej cholery mówisz? Chyba nie chcesz oddawać się tak przeciętnym doznaniom. Zobacz jaka jesteś mądra. Znasz siebie na wylot. Z tą wiedzą możesz wszystko. Tylko po co? Po co mi to wszystko kiedy obok nie ma nic?
Trzeba się skupić na prawie jazdy. No i o maturze pomyśleć na poważnie. W końcu został tylko rok. Jakby się dokładniej zastanowić to trochę by się znalazło tych przyziemnych spraw do załatwienia... Ale ja już się Proszę Państwa nie mam zamiaru nad niczym zastanawiać, a już na pewno nie dokładnie ;)
2012/04/02
myśli (nie)poskładane
- Tak jakoś wyszło, że spoglądając na archiwum w miejscu gdzie powinien widnieć marzec nie ma nic. O pozostawianiu śladów na innych blogach nawet nie wspominam, bo zawsze byłam kiepską odwiedzającą/czytającą/komentującą.
- Jestem głupia. Głupia i pusta. Z tak wielu rzeczy nie zdaję sobie sprawy. Smutniejsze jest jednak to, że większość z tych rzeczy ucieka mi sprzed nosa na moje własne życzenie. Jestem tylko ja, moje problemy, moja samotność i mój wielki, pusty tak jak ja dół.
- Dzisiejsza pogoda jest idealnym odzwierciedleniem mojego marcowego przemijania. Jednym słowem deszcz, słońce, śnieg i grad na przemian. Chyba przesilenie wiosenne już zawsze będzie synonimem dla totalnego osłabienia zarówno psychicznego jak i fizycznego.
- Plan B odnośnie wyboru studiów napisał się sam. Przechadzając się po korytarzach Zakładu Biochemii w jednych z krajowych uniwersytetów stwierdziłam, że w sumie to mogłabym siedzieć przez cały dzień w takim laboratorium bez cienia żalu do siebie o to, że nie mdleję właśnie w prosektorium. Swoją drogą te wszystkie urządzenia, te wszystkie metody, ta cała wiedza... to wszystko jest takie niesamowite i magiczne.
- Po raz 9897488283849801 udowodniłam sobie, że jestem idiotką. Temat mojej pracy z biologi to jakaś kpina. Co ja sobie myślałam? Dlaczego tak ciężko jest mi zrozumieć, że jeżeli sama o siebie nie zawalczę to nikt inny za mnie tego nie zrobi... Trudno. Stało się. Głupio mi niemiłosiernie, ale to nie ma już znaczenia. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że chociaż raz wszystko potoczyłoby się po prostym torze. Ktoś w końcu musi podlewać te roślinki tym gównem i zobaczyć czy coś z tego wyjdzie, podczas gdy idealni ludzie przeprowadzają swoje idealne badania. Ja to bym się chyba nawet dziwnie czuła gdybym była idealna. Taka od początku do końca, z ułożonymi włosami i porządkiem w torebce.
- Jak tak dalej pójdzie nigdy nie zrobię prawa jazdy. Nawet nie wiem gdzie mam iść na kurs, a co dopiero mówić o parkowaniu i takich tam. Boję się myśleć co to będzie. A może to Bóg próbuje uchronić polskie drogi przed takim zagrożeniem jak ja?
- Usunęłam konto na fejsbuczku. To znaczy muszę nie logować się jeszcze jakiś tydzień co by ostatecznie odciąć się od tego syfu.
- Ja się pytam dlaczego w dniu urodzin trójki nie działa mi to coś co powinno odtwarzać? Tak czy siak: sto lat :)
- Coś mi się wydaje, że jutro będę na siebie cholernie zła. Cóż, jak to mówią - wyśpię się po śmierci.
- A teraz zamykamy oczy i słuchamy tego:
2012/02/08
Niby bezpiecznie, ale wcale nie jest dobrze w moim śnie...
Czytam ten wątek i tak sobie myślę, że ja mam dopiero 17 lat. To nie jest wiek, w którym można ostatecznie stwierdzić, ze zmarnowało się własne życie. Wręcz przeciwnie -w tym wieku człowiek tak niewiele wie o życiu, w tym wieku można jeszcze wszystko. Wmówiłam sobie, że ja na szczęście nie zasługuję, a to chyba nieprawda. Podziwiam tych ludzi z forum, a szczególnie to jak walczą o własne spełnienie.
każde słowo doskonale odzwierciedla mój stan
A teraz zmykam do roślinek. Ehhh, nienawidzę botaniki.
2012/02/01
2012/01/09
Nie wiem co mam powiedzieć.
Kiedy człowiek po raz kolejny zakłada bloga wierzy w to, że tym razem będzie inaczej, że po prostu będzie lepiej. Ja też wierzyłam w to, że już nie jestem już tą smutną gimnazjalistką rezygnującą z normalnego życia na rzecz fikcji, która wówczas wydawała się być szalenie interesująca. Okazuje się jednak, że wciąż jestem taka sama. Wciąż przemijam w ciągu dnia by nocą znaleźć ukojenie w ramionach wyobraźni. Dzisiaj jednak nie ma z czego rezygnować. Fikcja stała się moją codziennością, w której zakorzeniona jestem całym umysłem. Pamiętam jak wracałam ze szkoły do pustego domu. Czasami od razu rzucałam się na łóżko by spędzić w nim kilka godzin, czasami zaś kilka godzin spędzałam przed komputerem, a później kładłam się spać. W między czasie trzeba było ogarnąć wszystko dopóki ojca nie było w domu. I tak sobie ogarniałam, a ogarniając czasami (ale tylko czasami) kładłam się na podłodze w kuchni (ewentualnie na korytarzu) i płakałam. Wyłam przeraźliwie, pytając się dlaczego jest tak jak jest? dlaczego nie ma wokół mnie ludzi, którym mogłabym zaufać? dlaczego nie widziałam twarzy matki od dwóch lat? dlaczego nie jestem taka ładna/mądra/zdolna jak one? dlaczego on mnie nie chce? Jednocześnie sama sobie próbowałam na te pytania odpowiedzieć, sama siebie pocieszałam. Na zewnątrz mogłam ujrzeć tylko ciszę i malującą się na jej twarzy obojętność, a to nie są rzeczy na które można liczyć. Kiedy w domu byli ludzie płakałam cichutko w swoim pokoju. Później miejsce nie miało znaczenia. Potrafiłam płakać, a ludzie obok nie widząc mojej twarzy nie mieli o tym zielonego pojęcia. Czasami śmieję się sama z siebie, że jedyną rzeczą jaką wyniosłam z czasów gimnazjum właśnie to umiejętność płakania bez wydawania z siebie dźwięku (swoją drogą umiejętność ta jest bardzo przydatna). Wczoraj znów płakałam. Po całym dniu spędzonym na totalnym przemijaniu nie miałam już siły na jako takie przygotowanie się do dnia następnego. Ostatecznie jak zwykle zrezygnowałam (doprawdy nie pamiętam już kiedy ostatni raz o coś walczyłam). Sama nie wiem kiedy spłynęła mi po policzku pierwsza łza. Płakałam bo czułam się cholernie zagubiona. Czuję się cholernie zagubiona. Na każdym kroku towarzyszy mi chaos, wszędzie dokucza nagromadzenie myśli. Wcale nie jestem spokojna. Może i wiem czego chcę. Tyle, że tych moich pragnień jest za wiele. Razem nigdy nie będą miały prawa bytu, a ja nie potrafię dokonać wyboru. Ciągłe idealizowanie rzeczywistości spaczyło mi psychikę. Nie potrafię określić co jest tak naprawdę ważne, a co może mnie zgubić. Czasami mam wrażenie, że powinno być inaczej. Patrzę na ludzi obok mnie i oni codziennie wstają z łóżka nie robiąc z tego byle wyczynu, chociaż też im się nie che. Normalni ludzie nie traktują życia jak ognia. Kiedy jest dobrze cieszą się i żyją. Kiedy jest źle nie cieszą się, ale żyją mimo wszystko. Ja natomiast nie odróżniam dobrze od źle. Mi zawsze jest za zimno, a pod moimi nogami zawsze leżą kłody. Uparcie sądzę, że jeżeli będę trzymała się odpowiedniego schematu będzie wręcz perfekcyjnie. Schemat ten wyznaczam pod wpływem chwilowych zachwytów. Wydaje mi się, że bycie jak ten obrazek, który mi się w danej chwili podoba to tak jak bycie idealną. Tyle, że tak nie jest. Bo człowiek nie jest idealny. A człowiek taki jak ja jest do tego leniwy i niekonsekwentny. Płakałam bo od kilku dni nie opuszcza mnie myśl, która szepce do ucha, że ten nagłówek, którym chciałbym siebie opatrzyć jest cholernie fałszywy. I tak sobie pomyślałam, że może powinnam zawrócić dopóki nie jest za późno. Problem w tym, że ja nie mam gdzie wracać. Jedyną stałą w moim życiu są rzeczy nieistniejące. Takie rzeczy zaś mają to do siebie, że znikają wraz z mocniejszym podmuchem wiatru. Płacząc tak chciałam, żeby ktoś mnie mocno przytulił, podał rękę i powiedział, że jutro znowu pójdziemy nad rzekę. Zastanawiałam się nad tym o czym myśli moja matka będąca w pokoju obok. Czy ja też w przyszłości będę matką, która nie ma zielonego pojęcia o tym jak okropnie się jej córka? Czy oni niczego nie zauważają? Czy nie jest dla nich dziwne to, że każdą wolną chwilę spędzam przed komputerem lub w łóżku? Czy nie niepokoją się gdy byle negatywny impuls sprawia, że załamuje się mi głos? Takie pytania są co najmniej nie na miejscu. Przecież powtarzam, że wszystko jest w porządku już tak długo, że sama w to uwierzyłam, więc dlaczego oni mieliby nie uwierzyć? Boję się, że zgubię się w tym syfie. Zgubię się pomiędzy tym co moje naprawdę, a tym co nie moje, ale przeze mnie przygarnięte. Chciałabym szczerze i zwyczajnie żyć. Może nie do końca chciałabym, bo nie potrafię wyobrazić sobie, że można żyć bez próby zdefiniowania tego życia. Po prostu wydaje mi się, że tylko takie normalne, proste życie jest idealną opcją. Opcją do której nigdy jeszcze nie dążyłam, a która daje poczucie spokoju wewnętrznego. Nie wiem co zrobić. Nie wiem co zrobię. N i e w i e m. Siedzę sobie aktualnie w moim zimnym internackim pokoju. Nie zrobiłam dzisiaj nic. Ostatnio kompletnie nie ciągnie mnie do książek. Jakieś totalne wypalenie naukowe. Pamiętam jak w trzeciej klasie gimnazjum zakochałam się w chemii. Pamiętam to niesamowite uczucie towarzyszące mi przy rozwiązywaniu zadań. Nawet nie jestem w stanie tego opisać. Dzisiaj chemia to dla mnie konieczność. Nie chodzi o to, że minęłam się z powołaniem wybierając ten przedmiot jako rozszerzony. Jakoś nie widzi mi się z niczego innego zdawać matury. Wiem, że jeżeli chcę to pracą mogę zdobyć bardzo wiele. Nie ma jednak tego starego zachwytu, czegoś co dawałoby mi przyjemność. Tęsknię za tym uczuciem i myślę sobie, że przydałoby się je odzyskać. W ogóle chciałabym być systematyczna i pilna. Tyle, że moja podświadomość nie ma zielonego pojęcia jak wytrzyma te trzy tygodnie, które pozostały do ferii, a co za tym idzie na żadne poświęcenia zdobywać się raczej nie ma zamiaru. Czy ja w ogóle kiedykolwiek osiągnę coś w życiu? Czy kiedykolwiek przypomnę sobie jak to jest być zadowolonym z siebie? (bo przypuszczam, że gdzieś kiedyś tam musiałam być) Tak sobie myślę, że wciąż jestem tą smutną gimnazjalistką. Wciąż codziennie kładę się na podłodze.
2012/01/08
Bo to wszystko nie tak, nie tak, nie tak...
Próbowałam ładnie ubrać słowa, ale wyszła mi z tych moich prób jakaś pseudo wzniosła paplanina pełna teatralnych zwrotów, którą natychmiast poddałam działaniu klawisza backspace. Swoją drogą to zabawne jak szary człowiek może ze swojego pustego i nudnego życia uczynić dramat niczym z brazylijskiej telenoweli...
A ja po po prostu nienawidzę siebie. Spoglądam w lustro i nienawidzę siebie. Czytam swój pamiętnik i nienawidzę siebie. Zagłębiam się we własne myśli i nienawidzę siebie.
Wbrew pozorom nie użalam się nad sobą. Chyba po raz pierwszy tutaj. Wręcz przeciwnie - z każdym kolejnym słowem czuję coraz większy spokój. Wszystko staje się klarowne. Jestem silniejsza niż kiedyś - wiem czego chcę, wiem też jak to zdobyć. To właśnie niechęć do siebie jest źródłem ogromnej siły, która z łatwością napędza turbiny w machinie mej egzystencji.
2012/01/01
Poproszę o garść...
...spokoju, optymizmu i szczerości na te 366 dni. No i żebym nie była taką idiotką co to musi siebie przekonywać, że chce oddychać.
2011/12/31
...
Mam wrażenie, że te 365 dni nigdy nie miało miejsca. Tyle, że to nieprawda. Ten rok zapisał się na kartach historii i co do tego żadnej wątpliwości nie ma. Mam czego żałować, ale nie chcę żalu. Rozstańmy się grzecznie. Zostawiasz mi po sobie czerwony zeszyt, który jest dowodem mojej własnej głupoty. Bo jak inaczej można nazwać rozdrabnianie się nad sprawami nieistotnymi, a często nawet nieistniejącymi? Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie ten czerwony zeszyt daje mi motywację do działania. Zatrzymując wzrok na jego kartach wiem jak nie chcę żyć. Tak sobie myślę, że nie muszę krzywdzić samej siebie. To na prawdę nie leży w moim obowiązku, a tym bardziej w interesie. Nie chcę już kłaść się na podłodze i płakać.
2011/12/04
Posłuchaj jednak (...) to krótka historia a dziś nie potrafię być szczęśliwa.
Gdzieś pomiędzy jednym a drugim oddechem gubię siebie. Zacierają się granice pomiędzy tym co istotne, a tym co jest zwyczajnie przyjemne. Wszystko zlewa się w jednolitą ciecz i przecieka przez palce. Brakuje klarownego i rozsądnego spojrzenia na zaistniałą sytuację. W sumie to brakuje wielu rzeczy.
Jestem rozpieprzona. Na kawałki, na wylot i co raz częściej mam wrażenie, że na zawsze. Przychodzą chwile kiedy budzę się po niecałych czterech godzinach snu kompletnie nieprzygotowana na spotkanie z nowym dniem. W takich chwilach obiecuję sobie, że to był ostatni raz. W takich chwilach czuję do siebie tak ogromną niechęć by zapragnąć zmian. W takich chwilach jestem na tyle naiwna by wierzyć to, że będzie inaczej. To takie idiotyczne uczucie, kiedy człowiek po raz 6438298202406 zawodzi się sam na sobie, to jedno z tych uczuć, których nikt nigdy nie chce doświadczyć. Niby pragnę własnego szczęścia, a mimo to podświadomie dążę do samounicestwienia. Przychodzą też inne momenty. Takie kiedy czuję się jak wrak, jak podróbka człowieka przywieziona w masowym transporcie z Chin. Zaniedbuję podstawowe obowiązki, odkładam wszystko na ostatnią chwilę, ograniczam się jedynie do konieczności. Zero progresu. Z-e-r-o. Nie szanuję samej siebie, nie rozwijam się, nie wierzę we własne możliwości i co najgorsze - nie ufam samej sobie. Patrzę na taki obraz mojej osoby i boję się, że nie ma już dla mnie szans. Że zostałam całkowicie wyzbyta człowieczeństwa. Brakuje mi jakichkolwiek zasad. Moje własne szczęście nie jest już wystarczającym powodem by żyć, nie funkcjonować, ale żyć.
Czasami nawet udaje mi się rozwiązać te 200 zadań z chemii czy posprzątać cały dom. Czasami jednak mam wrażenie, że nie warto się starać, bo jest już za późno. Kiedy patrzę na siebie przez pryzmat przeszłości tracę motywację do działania. Nie chodzi tylko o zaległości, o to co mogłam zrobić, a czego nie zrobiłam. Chodzi o to, że popełniłam w życiu kilka błędów i o to, że niektóre z nich są skazą na całe życie. Coś jak uzależnienie od alkoholu. Jakiś głos w głowie ciągle próbuje mi wmówić, że ja już na szczęście nie zasługuję.
Wiem, że to co najmniej irracjonalne, ale któregoś dnia spuściłam na chwilę wzrok i bardziej przez przypadek niż świadomie uwierzyłam w te słowa porzucając tym samym coś co zwykło się nazywać ambicjami. Od tamtej pory przemijam. Byle do piątku, do nowego roku, do wakacji. Byle jakoś normalnie zachowywać się wśród ludzi, jakoś wyglądać i jakoś napisać ten jebany sprawdzian. Problem w tym, że ja już nie chcę jakoś żyć.
Rozgościło się w moim życiu parę rzeczy, które nie należą do mnie, czynniki zewnętrzne, o których inni nie pomyśleliby nawet, że mogą istnieć, a które wywarły niemały wpływ na moje życie - ograniczone możliwości, rodzinne zawirowania i inne nieprzewidziane wypadki. Jadnak 99 % moich "wielkich życiowych przeszkód" bierze źródło we mnie samej. Jaką mogę mieć gwarancję, że po opublikowaniu tej notki nie roztrwonię jeszcze godziny na przeglądanie fejsbuka? Żadnej. Nie zrobię nikomu łaski jeżeli zacznę żyć. Uratować siebie mogę tylko ja sama. Nikt nie będzie o mnie walczył.
Rozpisałam się stanowczo za dużo. Tak mi wstyd, że nie mam nic innego do powiedzenia. Nie chciałam być autorką powyższych słów. Nigdy nie chciałam być takim człowiekiem.
Poranki nie cieszą mnie, rozczarowują noce... Tak dosadnie ta piosenka odzwierciedla to co czuję dzisiaj i to co czułam rok temu, i dwa lata temu w sumie też. Bywa.
2011/11/27
Autodestrukcja (nie) jest fajna.
Czarna sukienka i soczyście czerwone usta. Wystające żebra i blade policzki. Stanik za 87 zł. Mocna kawa na śniadanie, a wciągu dnia to jabłko, albo jogurt, light oczywiście. I dużo wody mineralnej, wiadomo, po co. Facet starszy o 17 lat? Nie ma sprawy, tak słodko jest cierpieć z miłości.Trzeba zrobić porządek, musi być perfekcyjnie. Dlaczego jest taka brzydka? Jebane lustro. Znowu jedynka. - Och, tak tatusiu, masz rację, jestem okropna! Taka nieprzyziemna, inna niż byś chciał. Nie dziwię ci się, naprawdę ci się nie dziwię, że jesteś mną zawiedziony. Nie martw się, żyletka już na mnie czeka. - Świat jest wstrętny, a ludzie dookoła szarzy i płytcy. Co oni mogą wiedzieć o życiu? Kąpie się w gorącej wodzie, bo tak mniej boli. Patrzy jak jej krew miesza się z wodą – to uspokaja, a ciało zostaje ukarane za nieposłuszeństwo. To już szósty papieros dzisiaj. Wskazówka na wadze leci w dół. Grzeczna dziewczynka. Chyba znowu nie pójdzie do szkoły. Boli ją dusza, nie ma czasu na naukę. Wódka w parku. Tylko nie zapomnij napisać na facebooku, że jesteś nieszczęśliwa. Nocą gdy nie może zasnąć bierze garść antydepresantów ukradzionych ciotce. On ją pokocha, gdy będzie przeźroczysta. To jej wina, tylko jej. - Nie płacz szmato! No nie płacz kurwa! - Na nerwy najlepsza jest zielona herbata. Dużo zielonej herbaty no i fajki. Jest idealna, tak jak pani z okładki. Tylko od czasu do czasu zdarza jej się nienawidzić siebie.
A teraz zastanów się czy na pewno tego chcesz?
A teraz zastanów się czy na pewno tego chcesz?
2011/10/15
2011/10/09
Bo wszystko to iluzją jest i magią...
You can get addicted to a certain kind of sadness.
Like resignation to the end.
Always the end.
Like resignation to the end.
Always the end.
Dwie zielone tabletki sprawiły, że poczułam się przez chwilę lepiej. Pojebało ich jednak, jeżeli myślą, że zjem dwanaście zielonych tabletek w ciągu dnia.
Napisałam tutaj przesyconego wzniosłymi słowami posta o tym, że chcę żyć. Przesycony wzniosłymi słowami post został nawet opublikowany, jednak jak zapewne się domyślacie już go z nami nie ma. To nie jest tak, że już odechciało mi się życia, nie. Po prostu nie chcę zamykać w słowach czegoś czego nie ma. Czas nauczył mnie by nie składać obietnic, by potrzebę działania czy wprowadzania zmian od razu zamieniać w czyn. Przyznać muszę, ze nie wychodzi mi to za bardzo. W sumie to nie wychodzi mi to w ogóle.
Wiecie, życie to fajna sprawa. Możemy je kształtować na swój własny, w pewnym sensie unikalny sposób. I to właśnie ta możliwość czerpania, możliwość ciągłego rozwoju i w końcu możliwość stworzenia czegoś samemu pociąga mnie w życiu najbardziej.
Chyba już zawsze będzie tak, że teksty Osieckiej kojarzyć mi się będą z zachwytem nad ludzką egzystencją (bo i taki się we mnie pojawia, choć przyznać muszę, że traktuję go z lekkim przymrużeniem oka). A to wszystko za sprawą ubiegłorocznych październikowych nocy kiedy to uświadamiałam sobie jak pięknie było by żyć. Szkoda, że zapomniałam i o tamtym październiku, i o życiu w ogóle.
2011/09/30
Późno już, chodźmy spać.
Świat wypadł mi z moich rąk,
Jakoś tak nie jest mi nawet żal.
Jakoś tak nie jest mi nawet żal.
Ostatnie minuty września odchodzą leniwym krokiem w rytm trójkowej Offensywy. Zdecydowanie nie powinnam dzisiaj pisać. Zdecydowanie senność nie jest dobrym piórem. Nie zmienia to jednak faktu, że taki właśnie był ten miesiąc - senny. Wprawdzie był też dzień pierwszy miesiąca, a z nim była nadzieja na tak zwane lepiej, cokolwiek to lepiej miałoby znaczyć. Tymczasem dnia ostatniego wciąż stoję z boku. Czasami obserwuję, ale częściej odrealniam się we własnej głowie. I tylko raz na jakiś czas potykając się o chodnik zdaję sobie sprawę, że tam na zewnątrz muszę być odbierana cholernie negatywnie, że moja obojętność wobec życia rujnuje wszelkie relacje z drugim człowiekiem. Za mną pierwszy miesiąc nauki, a przede mną? Przede mną zarówno miesięcy jak i nauki dużo, co nie zmienia faktu, że czasami mam wrażenie, jakby to było za mało by za te 1,5 roku cieszyć się z cyferek na świadectwie maturalnym. A to właśnie owe cyferki powinny być dla mnie na chwilę obecną najważniejsze. Powinny, bo różnie z tym bywa. Z jednej strony wiem, że tego chcę, z drugiej jak zwykle działam wbrew sobie.
no to może jeszcze na koniec dzisiejszy namber łan
2011/09/11
2011/08/29
Why oh why can't I?
Z przerażeniem wpatruję się w dzisiejszą datę. Na samą myśl o tym, że już za parę dni przyjdzie mi wyrwać z kalendarza kartkę opatrzoną nagłówkiem Sierpień ogarnia mnie panika. Tradycyjnie pozwalam zebrać jej swój plon i na konieczność działania odpowiadam bezproduktywnym przemijaniem. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet przemijanie potrafi być męczące kiedy człowiek rzuca talerzami w samego siebie. Przez całe wakacje wytłukłam praktycznie całą zastawę znajdującą się na półkach mej osobowości, a że wiele tego nie było to już inna sprawa... Niezdarnie wyciągam z siebie kawałki porcelany licząc na to, że uda mi się ułożyć z nich witraże. Wprawdzie słońce nigdy nie przejdzie przez nie na wskroś tak jak przez szkło, ale mniejsza z tym. Sama zgotowałam sobie taki los, więc nie mogę wymagać zbyt wiele. Mozaiki tez potrafią być ładne, a ja pilnie potrzebuję czegoś co będzie w miarę dobrze wyglądać przed ludźmi, na tyle dobrze by uniknąć zbędnych pytań. Jednym słowem - powrót do życia czas zacząć.
A wakacje? Wakacje były kwintesencją mojej autodestrukcji.Wiecie, takie apogeum beznadziejności. A może i nie wiecie. Tym lepiej dla was.
A wakacje? Wakacje były kwintesencją mojej autodestrukcji.Wiecie, takie apogeum beznadziejności. A może i nie wiecie. Tym lepiej dla was.
Zarówno piosenka jak i film nieprzypadkowe. Porządkuję sobie wspomnienia i doświadczenia ostatnich dwóch miesięcy w rytm tej melodii, tak na przyszłość. Swoją drogą nie jestem jeszcze taką pesymistką, co to to nie. Wierzę, że gdzieś tam ponad tęczą świat jest piękny.
2011/08/03
jest okej
Somedays aren't yours at all.
They come and go
as if they're someone else's days.
They come
They come and go
as if they're someone else's days.
They come
and leave you behind someone else's face
and it's harsher than yours
and it's harsher than yours
and colder than yours.
Noce potrafią być nieznośne. Sen nie przynosi pożądanego odprężenia. Poranki mijają szybko. Picie kawy jest chyba jedną z najgłupszych rzeczy jaką można robić po dziesięciu godzinach snu, ale mimo to te pięć minut wytchnienia z kubkiem w ręku jest jedyną przyjemną częścią poranków właśnie. Mogłabym od razu przejść do leniwych wieczorów, bo w ciągu dnia jestem jakby nieobecna. Nie będę oryginalna, jeśli napiszę, że wakacje przeciekają mi przez palce? Cóż, nigdy nie grzeszyłam oryginalnością.
Czasami mam wrażenie, że działam wbrew sobie. Nie, nie, nie - ja działam wbrew sobie, świadomie i codziennie. Wchodzę do jasnego pokoju i zasłaniam żaluzje. Usycham razem z kwiatami na parapecie, które z tęsknotą wyglądają słońca. Ja też tęsknię, gdy widzę szczeliny wypełnione światłem. Nie czuję się na tyle silna by móc pociągnąć za sznurek. To po prostu zbyt zobowiązujące, a ja boję się zobowiązań. Odsłonię okno i co dalej? Będę tępym wzrokiem wpatrywać się w smugi na szybach? Nie potrafię ot tak cieszyć się i czerpać garściami, zawsze coś mi przeszkadza. Chciałabym otworzyć je na oścież i wyskoczyć na zewnątrz nie zważając na zgorszone miny sąsiadów. Chciałabym zrobić wiele rzeczy, ale czasami... Czasami po prostu działam wbrew sobie. Myślę tak, a mówię nie. Nie potrafię tego zmienić. Dla mnie samej to jest niedorzeczne, ale nie potrafię. Umieram powoli. Umieram pomiędzy zmywaniem naczynia po śniadaniu, a smażeniem kotletów na obiad.To nie jest tak, że nie żyję. Co więcej - funkcjonuję. Rozmawiam z ludźmi i oni myślą, że nie mam im nic do powiedzenia, nic konkretnego i ciekawego, ale mnie to nie obchodzi. W tym samym czasie przeprowadzam wnikliwe konwersacje z samą sobą. To co w mojej głowie, to chyba już choroba. Mój umysł to taki świat. Mam tam sklep i własne niebo. Całkiem miło mi tam. Byłoby doskonale gdybym nie była zaopatrzona w ciało, albo gdybym chociaż nie miała oczu, które nieustannie przypominają, że tylko to życie na zewnątrz jest prawdziwe. Wystarczą mi uszy abym mogła słyszeć własne myśli i tych parę dźwięków wydawanych przez instrumenty, ewentualnie szum wiatru, czy inny oplątany w sentymenty odgłos. Mniejsza z tym. To nie ważne, bo czas biegnie tutaj. On biegnie, a ja stoję. Mijają mnie nie tylko samochody, bo gdyby to były tylko samochody nie miałabym takich wyrzutów sumienia. Szczęście innych jest zdecydowanie przygnębiające, o tak. To nie ważne, bo dopóki mam w sobie na tyle dużo siły by utrzymać miotłę spychając kurz pod dywan jest dobrze. Dystymia jest wyrozumiała, potrafimy się do siebie dostosować. Stoi obok bezustannie, robi swoje w między czasie, a ja oddycham jak normalny człowiek i wszystko jest ok. Bo poza wymianą gazową niewiele mnie z ludźmi łączy. Każdy kolejny stagnacyjno-autodestrukcyjny dzień okrada moje serce z człowieczeństwa i bynajmniej nie chodzi tu o budowę anatomiczną. Ja po prostu spoglądając w lustro nie widzę siebie i bynajmniej nie chodzi tu o to, że jestem duchem.
2011/07/16
i nagle skończy się
Są takie chwile, na które my nie mamy wpływu, a które mają wpływ na nas. Chwile biegnące własną trasą, a mimo to zostawiające ślady na naszej ścieżce. Chwile, które czy chcemy czy nie zmieniają nasze życie. Nie można od nich uciec, nie można o nich nie myśleć i nie można w nich nie uczestniczyć.
Za parę godzin nastąpi chwila, gdy strach przed utratą psychicznego bezpieczeństwa nie będzie już tylko strachem, gdy czynniki sprawcze lęku staną się rzeczywistością. Po raz kolejny utracę kawałek gruntu pod stopami. Z chaotycznej układanki zniknie element odpowiedzialny za jako taką stabilizację, a pustkę po nim wypełni ciemność. Paradoksalnie lepiej byłoby dla wszystkich gdyby ta chwila trwała do końca. W ogóle sporo tu sprzeczności, niedomówień też nie brakuje.
I choć posiadam świadomość zguby, nie próbuję się zabezpieczyć. Upijam się resztkami pozostawionymi w butelce opatrzonej napisem beztroska i zbieram siły do walki z niejaką szarą codziennością.
Za parę godzin nastąpi chwila, gdy strach przed utratą psychicznego bezpieczeństwa nie będzie już tylko strachem, gdy czynniki sprawcze lęku staną się rzeczywistością. Po raz kolejny utracę kawałek gruntu pod stopami. Z chaotycznej układanki zniknie element odpowiedzialny za jako taką stabilizację, a pustkę po nim wypełni ciemność. Paradoksalnie lepiej byłoby dla wszystkich gdyby ta chwila trwała do końca. W ogóle sporo tu sprzeczności, niedomówień też nie brakuje.
I choć posiadam świadomość zguby, nie próbuję się zabezpieczyć. Upijam się resztkami pozostawionymi w butelce opatrzonej napisem beztroska i zbieram siły do walki z niejaką szarą codziennością.
A jutro wstanę wcześnie i będę odpowiedzialna. I wytrwała też będę. Musze być.
wiem, że te parę zdań pozbawionych jest sensu i nie tworzy razem zrozumiałej całości, ale nie potrafię inaczej, a miałabym do siebie żal gdybym nie upamiętniła tego w żaden sposób, po prostu
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



