2012/01/09

Nie wiem co mam powiedzieć.

 Kiedy człowiek po raz kolejny zakłada bloga wierzy w to, że tym razem będzie inaczej, że po prostu będzie lepiej. Ja też wierzyłam w to, że już nie jestem już tą smutną gimnazjalistką rezygnującą z normalnego życia na rzecz fikcji, która wówczas wydawała się być szalenie interesująca. Okazuje się jednak, że wciąż jestem taka sama. Wciąż przemijam w ciągu dnia by nocą znaleźć ukojenie w ramionach wyobraźni. Dzisiaj jednak nie ma z czego rezygnować. Fikcja stała się moją codziennością, w której zakorzeniona jestem całym umysłem. Pamiętam jak wracałam ze szkoły do pustego domu. Czasami od razu rzucałam się na łóżko by spędzić w nim kilka godzin, czasami zaś  kilka godzin spędzałam przed komputerem, a później kładłam się spać. W między czasie trzeba było ogarnąć wszystko dopóki ojca nie było w domu. I tak sobie ogarniałam, a ogarniając czasami (ale tylko czasami) kładłam się na podłodze w kuchni (ewentualnie na korytarzu) i płakałam. Wyłam przeraźliwie,  pytając się dlaczego jest tak jak jest? dlaczego nie ma wokół mnie ludzi, którym mogłabym zaufać? dlaczego nie widziałam twarzy matki od dwóch lat? dlaczego nie jestem taka ładna/mądra/zdolna jak one? dlaczego on mnie nie chce? Jednocześnie sama sobie próbowałam na te pytania odpowiedzieć, sama siebie pocieszałam. Na zewnątrz mogłam ujrzeć tylko ciszę i malującą się na jej twarzy obojętność, a to nie są rzeczy na które można liczyć. Kiedy w domu byli ludzie płakałam cichutko w swoim pokoju. Później miejsce nie miało znaczenia. Potrafiłam płakać, a ludzie obok nie widząc mojej twarzy nie mieli o tym zielonego pojęcia. Czasami śmieję się sama z siebie, że jedyną rzeczą jaką wyniosłam z czasów gimnazjum właśnie to umiejętność płakania bez wydawania z siebie dźwięku (swoją drogą umiejętność ta jest bardzo przydatna).  Wczoraj znów płakałam. Po całym dniu spędzonym na totalnym przemijaniu nie miałam już siły na jako takie przygotowanie się do dnia następnego. Ostatecznie jak zwykle zrezygnowałam (doprawdy nie pamiętam już kiedy ostatni raz o coś walczyłam). Sama nie wiem kiedy spłynęła mi po policzku pierwsza łza. Płakałam bo czułam się cholernie zagubiona. Czuję się cholernie zagubiona. Na każdym kroku towarzyszy mi chaos, wszędzie dokucza  nagromadzenie myśli. Wcale nie jestem spokojna. Może i wiem czego chcę. Tyle, że tych moich pragnień jest za wiele. Razem nigdy nie będą miały prawa bytu, a ja nie potrafię dokonać wyboru. Ciągłe idealizowanie rzeczywistości spaczyło mi psychikę. Nie potrafię określić co jest tak naprawdę ważne, a co może mnie zgubić. Czasami mam wrażenie, że powinno być inaczej. Patrzę na ludzi obok mnie i oni codziennie wstają z łóżka nie robiąc z tego byle wyczynu, chociaż też im się nie che. Normalni ludzie nie traktują życia jak ognia. Kiedy jest dobrze cieszą się i żyją. Kiedy jest źle nie cieszą się, ale żyją mimo wszystko. Ja natomiast nie odróżniam dobrze od źle. Mi zawsze jest za zimno, a pod moimi nogami zawsze leżą kłody. Uparcie sądzę, że jeżeli będę trzymała się odpowiedniego schematu będzie wręcz perfekcyjnie. Schemat ten wyznaczam pod wpływem chwilowych zachwytów. Wydaje mi się, że bycie jak ten obrazek, który mi się w danej chwili podoba to tak jak bycie idealną. Tyle, że tak nie jest. Bo człowiek nie jest idealny. A człowiek taki jak ja jest do tego leniwy i niekonsekwentny. Płakałam bo od kilku dni nie opuszcza mnie myśl, która szepce do ucha, że ten nagłówek, którym chciałbym siebie opatrzyć jest cholernie fałszywy. I tak sobie pomyślałam, że może powinnam zawrócić dopóki nie jest za późno. Problem w tym, że ja nie mam gdzie wracać. Jedyną stałą w moim życiu są rzeczy nieistniejące. Takie rzeczy zaś mają to do siebie, że znikają wraz z mocniejszym podmuchem wiatru.  Płacząc tak chciałam, żeby ktoś mnie mocno przytulił, podał rękę i powiedział, że jutro znowu pójdziemy nad rzekę. Zastanawiałam się nad tym o czym myśli moja matka będąca w pokoju obok. Czy ja też w przyszłości będę matką, która nie ma zielonego pojęcia o tym jak okropnie się jej córka?  Czy oni niczego nie zauważają? Czy nie jest dla nich dziwne to, że każdą wolną chwilę spędzam przed komputerem lub w łóżku? Czy nie niepokoją się gdy byle negatywny impuls sprawia, że załamuje się mi głos? Takie pytania są co najmniej nie na miejscu. Przecież powtarzam, że wszystko jest w porządku już tak długo, że sama w to uwierzyłam, więc dlaczego oni mieliby nie uwierzyć? Boję się, że zgubię się w tym syfie. Zgubię się pomiędzy tym co moje naprawdę, a tym co nie moje, ale przeze mnie przygarnięte. Chciałabym szczerze i zwyczajnie żyć. Może nie do końca chciałabym, bo nie potrafię wyobrazić sobie, że można żyć bez próby zdefiniowania tego życia. Po prostu wydaje mi się, że tylko takie normalne, proste życie jest idealną opcją. Opcją do której nigdy jeszcze nie dążyłam, a która daje poczucie spokoju wewnętrznego. Nie wiem co zrobić. Nie wiem co zrobię. N i e w i e m. Siedzę sobie aktualnie w moim zimnym internackim pokoju. Nie zrobiłam dzisiaj nic. Ostatnio kompletnie nie ciągnie mnie do książek. Jakieś totalne wypalenie naukowe. Pamiętam jak w trzeciej klasie gimnazjum zakochałam się w chemii. Pamiętam to niesamowite uczucie towarzyszące mi przy rozwiązywaniu zadań. Nawet nie jestem w stanie tego opisać. Dzisiaj chemia to dla mnie konieczność. Nie chodzi o to, że minęłam się z powołaniem wybierając ten przedmiot jako rozszerzony. Jakoś nie widzi mi się z niczego innego zdawać matury. Wiem, że jeżeli chcę to pracą mogę zdobyć bardzo wiele. Nie ma jednak tego starego zachwytu, czegoś co dawałoby mi przyjemność. Tęsknię za tym uczuciem i myślę sobie, że przydałoby się je odzyskać. W ogóle chciałabym być systematyczna i pilna. Tyle, że moja podświadomość nie ma zielonego pojęcia jak wytrzyma te trzy tygodnie, które pozostały do ferii, a co za tym idzie na żadne poświęcenia zdobywać się raczej nie ma zamiaru. Czy ja w ogóle kiedykolwiek osiągnę coś w życiu? Czy kiedykolwiek przypomnę sobie jak to jest być zadowolonym z siebie? (bo przypuszczam, że gdzieś kiedyś tam musiałam być) Tak sobie myślę, że wciąż jestem tą smutną gimnazjalistką. Wciąż codziennie kładę się na podłodze. 

2 komentarze:

  1. Ja też nie wiem, co mam powiedzieć. Nie znam dokładnie Twojej sytuacji i pewnie skłamałabym mówiąc, że świetnie Cię rozumiem, ale - ja też żyję sobie z dnia na dzień, bez określonego celu, bez nikogo bliższego przy boku. Co prawda wiem, że moja mama wysłuchałaby mnie, gdybym do niej poszła, ale nasze kontakty zatrzymały się na etapie, w którym żaliłam się ze swoich dziecięcych zmartwień i pewnie nie umiałabym nawet zacząć poważniejszej rozmowy.
    Zadowolona z siebie? - nie znam takiego uczucia.
    Podobnie, jak Ty z chemią, tak ja miewam przebłyski pasji i uwielbiam drążyć zagadnienie, które mnie zainteresuje, czy to jakiś okres historyczny, czy czyjąś twórczość. Kiedy już jednak zaspokoję swoją ciekawość, okazuje się, że tak naprawdę niczego to nie zmieniło i wcale nie jestem mądrzejsza, nie pojawiło się nic, co mogłabym sobie obrać za cel, ani nikt nie zaczął patrzeć na mnie przychylniejszym wzrokiem. Ja po prostu nie potrafię zbliżać się do ludzi, rozmawiać z nimi i nic dziwnego, że oni nie garną się do mnie, skoro nie umiem pokazać, że czasami tego potrzebuję.
    No, ale nagadałam się o sobie. Chyba nie mogę Ci jednak powiedzieć niczego sensownego, bo przecież sama nie umiem sobie normalnie poukładać wielu spraw. Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  2. CHAOS?
    Everywhere.
    Doskonale znam to uczucie.



    Przepraszam, że nie jestem w stanie napisać nic sensownego.

    OdpowiedzUsuń